Macie coś, co Was napędza? Co niezależnie od tego, jak bardzo jesteście zmęczeni, zniechęceni, smutni, źli czy osłabieni daje Wam pozytywne emocje, radość, ba, szczęście? Ja mam swój mezzosopran i możliwość używania go. I robię to z radością.

Właśnie z najlepszym na świecie Chórem Wydartych Domom Kur skończyłyśmy tournée po Otwartych Ogrodach podwarszawskiego Trójmiasta Ogrodów – Podkowa Leśna, Milanówek, Brwinów. Sama idea Otwartych Ogrodów jest piękna i pielęgnuje więzi w  lokalnej społeczności. Raz w roku ludzie otwierają swoje ogrody dla siebie i innych, chcących robić sztukę i doświadczać sztuki. I po takim weekendzie wszyscy jesteśmy dla siebie lepsi. Uśmiechamy się do siebie. Czujemy się bardziej jednym. Wczoraj po koncercie (w strugach deszczu, gradu, z opóźnieniem…) jedna pani, której nie znałam, rzuciła mi się na szyję i uściskała. Pozdrawiam Panią bardzo. Było to tak wzruszające, że zostanie ze mną na długo.

To tournée było ukoronowaniem naszej wytężonej czteromiesięcznej pracy nad zupełnie nowym repertuarem, pieśni i przyśpiewem góralskich, i luźno z nimi związanych. Nowy rodzaj śpiewu – śpiew góralski ma dużo więcej wspólnego  ze śpiewem białym niż z belcanto, które dotychczas śpiewałyśmy, nowy repertuar – główny set składał się z 9 nowych utworów, i nowa dyrygentka – Ola Kopp, jestem nieustannie pod wielkim wrażem. Gdy skończyłyśmy w niedzielę wieczorem, lekko zmarznięte i przemoczone, miałam na twarzy banana a w sercu spokój i spełnienie. Jestem w grupie wspierających się, kochających sztukę i muzykę kobiet, i razem robimy piękne rzeczy. Jestem szczęściarą.

Wracając do śpiewania. Śpiewam od zawsze, pod prysznicem, w samochodzie z dziećmi, karaoke na imprezach firmowych.

W pandemii zaczęłam uczyć się na serio, najpierw 1:1, potem w grupie w mojej świetlicy wiejskiej, a od 2025 w prawdziwym chórze żeńskim przy Ośrodku Kultury Brwinów. I powiem Wam – śpiewanie na głosy jest trudne. Trzeba mieć:

  • słuch muzyczny
  • pamięć muzyczną
  • poczucie rytmu
  • tonę koncentracji
  • umiejętność słuchania innych
  • dykcję
  • dobrą emisję głosu
  • wytrwałość
  • znajomość nut pomaga
  • umiejętność pracy zespołowej
  • uważność na siebie, i innych – dużo

Uważny czytelnik znajdzie więcej niż jedno odniesienie do sytuacji biznesowych…

Czy ja mam to wszystko ? Nie zawsze . Czy mam więcej niż kiedy zaczęłam się uczyć? No pewnie. Czy daje mi to absolutną, wszechogarniającą radość, gdy po pięciuset powtórzeniach śpiewamy razem w idealnej harmonii, a Ola nasza dyrygentka uśmiecha się z zadowoleniem – oczywiście. I po to to robię.

Warto mieć w życiu coś, co jest wymagające, w czym nie jesteśmy idealni, w czym ciągle możemy się doskonalić. Znajdować mistrzostwo w dążeniu, nie w osiąganiu.

Ale nie, nie jest to kolejny wpis o mistrzostwie. Miłosz Brzeziński napisał o nim całą książkę (najpiękniej wydana książka 2025 roku, Miejski Pustelnik, bardzo polecam) a i tak mówi, że nie zawarł w niej wszystkiego. Więc mistrzostwo to nie jest temat na post na bloga. To długa, czasem trwająca całe życie opowieść o próbowaniu, o porażkach i zwycięstwach, o niepoddawaniu się, o podejmowaniu trudnych wyzwań, i cyzelowaniu swoich prób.

Pisząc o moim śpiewaniu w chórze chcę Was zachęcić do znalezienia czegoś, co dla Was jest takim śpiewaniem. O znalezieniu i pielęgnowaniu aktywności, która codziennie Was zaskaskuje czymś nowym. W której nie chcecie nigdy powiedzieć „ jestem w tym mistrzem”, bo budzi ona w Was taką pokorę i chęć dalszego zgłębiania, że jest ona ważniejsza od bycia mistrzem lub mistrzynią.

I tu dochodzę do tego, co jest dla mnie dziś najważniejsze – do pracy, która przestaje być tylko „dowozem”, a znów staje się ludzkim doświadczeniem. Bo dokładnie to, co dzieje się w chórze, wprowadzam w zespołach, z którymi pracuję.

W śpiewaniu nie da się „udawać obecności”. Albo słyszysz innych, albo nie. Albo jesteś w tym momencie, albo się rozjeżdżasz. Nie ma tu miejsca na maile pisane pod stołem (albo co gorzej zupełnie otwarcie) ani na bycie gdzie indziej myślami. Jest oddech, ciało, głos i wspólna praca.  I właśnie tego brakuje dziś w wielu organizacjach – prawdziwego bycia razem.

Rehumanizacja pracy nie polega na tym, że dostaniemy lepszą kawę albo kolorowe pufy. Polega na tym, że wracamy do podstaw: do relacji, do słuchania, do współbrzmienia. Do uznania, że każdy z nas wnosi swój „głos” – inny, czasem trudny, czasem niedoskonały – ale potrzebny, żeby całość miała sens.

Kiedy śpiewamy w chórze, żadna z nas nie próbuje zagłuszyć innych, żeby zabłysnąć. Jeśli ktoś próbuje – od razu słychać, że coś jest nie tak. Harmonia nie rodzi się z dominacji, tylko z uważności i wzajemnego dostrajania się. Wyobrażacie sobie, co by się stało, gdybyśmy tak pracowali na co dzień?

Bez ciągłego napięcia, że trzeba coś udowodnić. Z ciekawością zamiast oceny. Z przestrzenią na błąd, który jest elementem procesu, a nie powodem do wstydu.

Chór uczy mnie też jeszcze jednej rzeczy: że odpoczynek i wysiłek mogą iść razem. Że można się zmęczyć i jednocześnie naładować. Że energia nie zawsze bierze się z robienia mniej, leżenia i pachnienia, tylko z robienia rzeczy, które mają sens.

Więc jeśli pytacie mnie dziś, czym dla mnie jest rehumanizacja pracy – to jest właśnie to: tworzenie takich warunków, w których ludzie mogą „śpiewać”. Dosłownie lub w przenośni. Mogą być słyszani. Mogą się rozwijać. Mogą się mylić i próbować jeszcze raz. Mogą doświadczać radości ze wspólnego tworzenia czegoś, co pojedynczo nigdy by nie powstało.

I tego Wam życzę. Żebyście znaleźli swoje śpiewanie. A potem odważyli się wnieść je także do pracy.